Wejście w świat Szymborskiej: scena, pył i pytanie „po co?”
W dusznym przedziale pociągu ktoś otwiera cienki tomik Wisławy Szymborskiej. Za oknem tasma szarych bloków i pól, na korytarzu szelest toreb i zapach jednorazowej kawy. A na stronie – anioły, mgławice, kosmiczny pył, który niepostrzeżenie osiada na ramionach pasażerów. Drobiazgowy realizm przedziału i bezgwiezdne zimno kosmosu w jednym ujęciu.
Na tym zderzeniu opiera się metafizyka Szymborskiej: nie wyrasta z wielkich systemów, lecz z obicia fotela, z dźwięku zamykanych drzwi, z milczącej lamki nocnej. Wielka „metaphysica” przyzwyczaiła czytelnika do patosu, wzniosłej frazy, abstrakcyjnych pojęć. U Szymborskiej pytania o ostateczny sens rodzą się z pyłu na półce, z niesparowanego skarpetnika, z kota, który nie może się pogodzić z pustym mieszkaniem.
Kluczowe pytanie nie brzmi jednak: „czy Bóg istnieje?”, ale: jak o tych sprawach mówić, nie kłamiąc. Jak pisać o Bogu, wieczności, przypadku i przeznaczeniu tak, by nie udawać pewności, której człowiek nie ma? Tu pojawia się ironia, lekka kpina z własnych przyzwyczajeń, ale bez cynizmu. Śmiech Szymborskiej nie jest śmiechem z metafizyki, tylko śmiechem razem z nią – z naszej nieporadności wobec pytań, które nas przerastają.
Na tle polskich noblistów wypada to szczególnie wyraźnie. Reymont budował metafizykę z ziemi i wspólnoty, Miłosz – z katolicyzmu, gnostyckich fascynacji i wielkich systemów, Tokarczuk – z mitów, narracji i procesualnego świata. Szymborska – najmniej systemowa z nich – wybiera metodę drobnych podejrzeń. Zadaje pytanie „po co?” nie abstrakcyjnie, ale stojąc przy zlewie, sortując śmieci, oglądając kosmiczne zdjęcia w gazecie.
Napięcie, które spina ten sposób widzenia, można streścić obrazem: anioły z Fromborka kontra kosmiczny pył. Z jednej strony tradycja: anielskie zastępy, porządek, sens, opowieść o świecie z centrum i celem. Z drugiej – kopernikański przewrót, rozsypanie hierarchii, człowiek jako pyłek w wielkiej chmurze materii. Metafizyka Szymborskiej rozgrywa się dokładnie między tymi biegunami. Bez gwarancji zbawienia, ale też bez taniego nihilizmu.
Jej wiersze uczą uważności na to, że metafizyczne drżenie nie pojawia się „pomimo” codzienności, lecz właśnie w niej. Wystarczy, że zadasz sobie proste pytanie: co tu naprawdę się dzieje, kiedy odkurzasz, kiedy czekasz, kiedy czytasz nekrologi? W odpowiedzi otwiera się przestrzeń, w której kurzu z półki nie da się odróżnić od kosmicznego pyłu, a zwykły dzień niechcący staje się metafizycznym eksperymentem.

Szymborska wśród polskich noblistów: gdzie u niej „to, co ostateczne”?
Od Reymonta do Tokarczuk: różne drogi do metafizyki
Gdy patrzy się na ciąg polskich noblistów literackich, widać kilka wyraźnych szlaków „poza realizm” – każdy z nich prowadzi do metafizyki inną drogą:
- Władysław Reymont – metafizyka ziemi i wspólnoty: „Chłopi” nie są tylko panoramą obyczajową, ale opowieścią o cyklach natury, przeznaczeniu, o człowieku wplecionym w rytm pór roku i obrzędów. Sacrum wyrasta z pola i kościoła na wzgórzu.
- Czesław Miłosz – metafizyka katolicko-gnostyczna: obsesyjnie pyta o Boga, zło, historię zbawienia. Raz blisko ortodoksji, raz kuszony herezją; zawsze jednak precyzyjnie nazwane kategorie, dialog z teologią, filozofią, mistyką.
- Wisława Szymborska – metafizyka codzienności i wątpliwości: żadnych wielkich systemów, żadnej deklaratywnej teologii. Zamiast tego: „nie wiem”, ironia, pytania podstawione pod zwykłe gesty i rzeczy.
- Olga Tokarczuk – metafizyka opowieści i procesów: świat jako sieć połączeń, energia krążąca między ludźmi, zwierzętami, rzeczami. Sacrum jako przepływ, nie jako stabilny byt.
Szymborska plasuje się w tym szeregu jako poetka najbardziej sceptyczna wobec „ostatecznych wyjaśnień”, ale jednocześnie najbardziej konsekwentnie metafizyczna. Im więcej „nie wiem”, tym u niej silniejsze drżenie pytań ostatecznych.
„Nie wiem” z mowy noblowskiej jako fundament metafizyki
W mowie noblowskiej Szymborska stwierdziła, że najważniejszym zdaniem dla twórcy jest „nie wiem”. To nie skromna ozdoba, lecz program metafizyczny. „Nie wiem” nie oznacza kapitulacji, ale wybór postawy, w której:
- porzuca się udawanie wszechwiedzy,
- uznaje się, że świat jest większy od naszych pojęć,
- każdy wiersz jest próbą, a nie dogmatem.
W efekcie metafizyka Szymborskiej nie tworzy spójnego systemu, tylko sieć lokalnych, bardzo konkretnych doświadczeń „nie-wiedzenia”: wobec śmierci, wobec przypadku, wobec trwania rzeczy martwych po odejściu ludzi. To „nie wiem” staje się jej wersją bojaźni Bożej – szacunkiem przed tajemnicą istnienia, z której nie robi się sloganu.
Miłosz a Szymborska: dwa sposoby mówienia do Boga
Zestawienie z Miłoszem dobrze pokazuje odmienność tonacji. U Miłosza w wierszach takich jak „Oeconomia divina” czy „Który skrzywdziłeś” Bóg pozostaje adresatem wyraźnie nazwanym, wywołanym na scenę. Pojawia się patos, wysokie rejestry, otwarte moralne osądy. U Szymborskiej bezpośrednich apostrof do Boga prawie nie ma. Jeśli już, to raczej ironiczne pytanie w stylu „czy tak to miało wyglądać?”.
W „Oeconomia divina” Miłosz wprowadza metafizyczną narrację bliską biblijnej scenie sądu, choć przełamuje ją współczesną świadomością zła totalitaryzmów. Szymborska woli wiersze takie jak „Autotomia” albo „Pochwała snów”, gdzie rzeczywistość metafizyczna pokazuje się jako coś kruchszego, mniej uchwytnego, bez hierarchicznej scenografii Nieba i Piekła.
Miłosz niejako spiera się z Bogiem – obecnym, choć trudnym do zrozumienia. Szymborska bardziej bada ciszę po stronie Absolutu. Jej metafizyka jest reakcją na milczenie – na to, że nikt „z góry” nie zabiera głosu, kiedy umiera ktoś bliski, kiedy rozpadają się systemy, kiedy zamiast objawienia mamy notatkę w gazecie.
Po wielkich systemach: metafizyka po doświadczeniu XX wieku
Szymborska debiutowała w czasie, gdy wciąż żywe były wielkie ideologie: komunizm, nacjonalizmy, modernistyczne utopie. Przeszła przez okres socrealizmu, później konsekwentnie dystansowała się od wszelkiej „wielkiej narracji”. To doświadczenie historyczne odciska się na jej metafizyce. Nie ufała już żadnym totalnym wyjaśnieniom – ani religijnym, ani politycznym, ani filozoficznym.
Dlatego jej „metafizyka bez patosu” ma w sobie coś z powojennej ostrożności. Zamiast systemu dostaje się praktykę wątpienia: próby opisu człowieka jako istoty uwikłanej w przypadek, w ślepe ewolucyjne wybory, w losy historii, które nie poddają się łatwym schematom nagrody i kary. A jednak to nie nihilizm. Jej wiersze zakładają realność dobra, czułości, odpowiedzialności – tyle że bez gwarancji nadrzędnego sensu.
Agnostyczna pokora jako wyróżnik w linii noblowskiej
Wśród polskich noblistów to właśnie Szymborska najmocniej ucieleśnia postawę „metafizyki agnostycznej”. Nie neguje ona istnienia Boga ani jakiegokolwiek porządku poza ludzkim horyzontem. Twierdzi jedynie, że nie mamy do niego dostępu w sposób pewny i systematyczny. Zostaje to, co pośrednie: mrugnięcie przypadku, nieoczywista koincydencja, gest człowieka, który wbrew logice pomaga drugiemu.
Mini-wniosek z tej perspektywy może brzmieć tak: w polskim panteonie noblistów Szymborska jest tą, która najbardziej konsekwentnie uczy, że świadomość granic poznania nie oddala od metafizyki, tylko ją pogłębia. „Nie wiem” nie zamyka rozmowy – ono ją otwiera.

„Metafizyka codzienności” – jak Szymborska robi filozofię z drobiazgów
Czym jest „metafizyka codzienności” u Szymborskiej
Metafizyka zazwyczaj kojarzy się z abstrakcyjnymi pojęciami: Byt, Absolut, Substancja, Dusza. U Szymborskiej to wszystko znika z języka. Zamiast tego pojawiają się: kubek, kamień, kot, tramwaj, reklama, notatka prasowa. A jednak właśnie w nich rozgrywa się to, co klasyczna metafizyka chciała uchwycić: pytanie, dlaczego jest raczej coś niż nic, co znaczy istnienie, po co śmierć, czy przypadek jest naprawdę przypadkowy.
„Metafizyka codzienności” to sposób widzenia, który:
- traktuje codzienne sytuacje jako laboratorium pytań ostatecznych,
- nie ucieka od konkretu – przeciwnie, dąży do niego,
- odwraca hierarchię: drobiazg urasta do rangi metafizycznego „eksperymentu myślowego”.
Dobrym przykładem jest „Kot w pustym mieszkaniu”. Formalnie to wiersz o zwierzęciu, które nie rozumie śmierci właściciela. Metafizyczny ciężar rodzi się jednak nie z mówienia „o śmierci” wprost, ale z pokazania, jak nie pojmuje jej istota, która kocha. W rezultacie czytelnik musi sam dokończyć pytania, których kot zadać nie potrafi.
Makro i mikro: przesunięcie perspektywy jako narzędzie
Szymborska nieustannie zmienia skalę. W jednym wersie jesteśmy bardzo blisko: widzimy zacieki na ścianie, słyszymy stuk talerza. W następnym – wychylamy się nagle w stronę kosmosu, geologicznych epok, ewolucyjnego czasu, w którym ludzka biografia jest mikrosekundą. Ten ruch „zoomu” to jedno z podstawowych narzędzi jej metafizyki.
W „Rozmowie z kamieniem” drobny przedmiot – zwykły kamień – okazuje się bramą, do której człowiek puka z coraz bardziej rozpaczliwym pragnieniem „wejścia do wnętrza”. Kamień odpowiada konsekwentnie: „nie mam wnętrza”. W tle rozbrzmiewa metafizyczne pytanie: czy świat rzeczy martwych ma tajemnicę, do której nie mamy dostępu? A może nasze pojęcie tajemnicy jest po prostu projekcją?
Makro–mikro działa też w wierszach z kosmologicznymi aluzjami. Zwykła zupa na stole potrafi nagle zostać zestawiona z mgławicami, a jeden człowiek może stanąć „pod rozgwieżdżonym niebem”, które wcale nie jest tłem, tylko przypomnieniem, że wszystko, co robimy, odbywa się w polu jakiejś ogromnej, bezimiennej całości. To przejście od mikrodetalu do makroświata jest źródłem metafizycznej tremy w tej poezji.
Rezygnacja z klasycznego słownika metafizyki
Szymborska świadomie unika słów typu: Absolut, Wieczność, Esencja. Zamiast nich używa „to”, „tamto”, „taki jeden dzień”, „ten tutaj człowiek”. To nie tylko kwestia stylu, lecz wybór filozoficzny. Zamiast pojęć – wskazania. Zamiast definicji – przykłady.
Taka rezygnacja z wielkich słów ma kilka konsekwencji:
- czytelnik nie czuje się przytłoczony „wielką prawdą”, może wejść w wiersz z własnym doświadczeniem,
- metafizyka nie zawłaszcza rzeczy – przedmiot nadal jest kubkiem, ale równocześnie staje się miejscem zdziwienia bytem,
- pytania są ważniejsze niż odpowiedzi; język nie podszywa się pod system filozoficzny.
W efekcie nawet gdy Szymborska dotyka tematów „zarezerwowanych” dla tradycyjnej metafizyki – jak dusza, nieśmiertelność, transcendencja – robi to bocznymi drzwiami. Na przykład w wierszach o fotografiach zmarłych, o pamiątkach po ludziach, o pamięci, która jest jedynym „przedłużeniem” istnienia, jakie da się uczciwie nazwać.
Humor jako bezpiecznik metafizycznego napięcia
Gdyby tę samą ilość pytań ostatecznych podać w tonie poważnym i pompatycznym, efekt mógłby być nie do zniesienia. Szymborska wprowadza więc humor, ironię, lekką kpinę – ale nie po to, by z powagi się wyśmiać. Humor działa jak bezpiecznik, który chroni przed patosem i mentorskim tonem.
Autoironia jako metoda „odczarowywania” Absolutu
Wyobraźmy sobie kogoś, kto po ciężkim dniu w pracy sięga po tomik Szymborskiej, oczekując „wielkich słów” o sensie życia – a zamiast tego trafia na wiersz, w którym poetka drobiazgowo rozważa losy jednego komara albo kłopotliwe istnienie numeru PESEL. Rozczarowanie? Raczej lekki szok poznawczy. W tym przesunięciu oczekiwań działa jej autoironia.
Szymborska jako podmiot liryczny bardzo rzadko staje „na katedrze”. Woli mówić z poziomu kuchennego stołu, niekiedy wręcz kpiąc z własnych prób filozofowania. W wielu wierszach – jak „Możliwości” czy „Niebo” – wylicza swoje preferencje, słabości, idiosynkrazje. W efekcie metafizyczne pytania nie lecą z góry na czytelnika, tylko rodzą się z wnętrza zwykłej biografii, która sama siebie bierze w nawias.
Ta autoironia pełni co najmniej trzy funkcje:
- rozbraja patos – nawet gdy mowa o śmierci czy wieczności, nie ma tonu kaznodziei,
- oswaja lęk – śmiech nie usuwa grozy, ale pozwala ją znieść,
- koryguje ego – podmiot pamięta, że jest „jednym z wielu”, a nie uprzywilejowanym komentatorem losu świata.
Mini-wniosek: metafizyka Szymborskiej jest tym mocniejsza, im bardziej podcina gałąź, na której siedzi. Im mniej „udaje mędrca”, tym poważniej traktuje nasz ludzki los.
Przypadek, statystyka i kosmiczny żart
Scena z życia: ktoś czyta horoskop w gazecie, a zaraz potem raport z katastrofy lotniczej. Ten sam człowiek na kolejnym ekranie ogląda prognozę pogody z procentowym prawdopodobieństwem deszczu. Świat wydaje się zlepkiem przypadków, które próbujemy okiełznać liczbami. Szymborska wchodzi dokładnie w tę szczelinę.
W „Minimaciece” czy „Prawdopodobieństwie” (rozsiane po różnych tomikach motywy) bawi się językiem statystyki. Używa słów takich jak „prawdopodobnie”, „niemal na pewno”, „z szansą graniczącą z zerem” – i pokazuje, że z metafizycznego punktu widzenia właśnie tam, gdzie liczby mówią „prawie niemożliwe”, życie lubi się wydarzać.
Jej ulubione napięcie brzmi mniej więcej tak:
- biologia i fizyka mówią: jesteś dziełem ślepych procesów,
- statystyka dodaje: twoje istnienie to wynik serii mało prawdopodobnych zbiegów,
- a wiersz odpowiada: a jednak tu jesteś, w konkretnej sekundzie, z konkretną filiżanką, myślą, wspomnieniem.
Nie ma tu łatwego „ktoś musiał tym kierować”. Szymborska raczej pyta: co robić z faktem, że nasza świadomość emocjonalnie nie godzi się z czysto losową wizją świata? Ten bunt wobec zimnej statystyki jest jednym z jej najciekawszych metafizycznych impulsów. Z niego bierze się też żart: lekko ironiczne spoglądanie na nasze próby „dogadania się” z przypadkiem poprzez przesądy, rytuały, a nawet systemy religijne.
Rzeczy martwe jako świadkowie metafizycznych braków
Po pogrzebie często zostaje bałagan: ubrania w szafie, kubek w zlewie, książka z zagiętą stroną. Ten moment zderzenia porządku rzeczy z nieobecnością osoby jest typową sceną Szymborskiej. W wierszach poświęconych rzeczom martwym właśnie one „przechowują” metafizyczną lukę.
W „Rzeczach” czy „Fotografii z 11 września” (choć to zupełnie różne poematy) przedmioty grają rolę niemego chóru. Nic nie mówią, ale przez swoją trwałość wobec kruchości ludzi same w sobie stają się pytaniem: dlaczego to, co nieożywione, czasem „przeżywa” swoje ludzkie konteksty?
Szymborska nie antropomorfizuje agresywnie. Kamień nie ma duszy, filiżanka nie płacze. Raczej to my, patrząc na nie, doświadczamy dziwnego przesunięcia: świat rzeczy nagle wydaje się równie realny jak my, a jednocześnie całkowicie odporny na nasze dramaty. Powstaje metafizyczny dylemat: czy istnienie „bez świadomości” jest w jakimś sensie spokojniejsze, „pełniejsze”, czy przeciwnie – dopiero świadomość nadaje byciu intensywność?
Z takich gestów rodzi się pokorna intuicja: człowiek nie jest centrum ontologicznego wszechświata, jedynie jednym z wielu sposobów istnienia. Przedmioty, które przeżyły swoich właścicieli, są milczącym przypomnieniem, że metafizyka nie kończy się na człowieku, tylko przez niego się przegląda w tym, co go otacza.
Czas, który „nie ma końca”, i chwila, która ma
Pomyślmy o zwykłym popołudniu: ktoś czeka na autobus, przewija ekran telefonu, patrzy w niebo. Nic wielkiego się nie dzieje, a jednak w tle płynie czas, który nie zatrzyma się ani na sekundę. Szymborska w swoich wierszach wielokrotnie chwyta takie „bezimienne” chwile i podświetla je metafizycznym światłem.
W „Chwili” czy „Krótkiej historii” wyraźnie widać, jak montuje ona na jednej osi mikrosytuację („siedzę na krześle, piję herbatę”) i czas kosmiczny („przede mną i za mną miliardy lat”). Ten zestaw dwóch temporyczności – jednostkowej ulotności i bezimiennego trwania – rodzi pytanie nie tyle o życie po śmierci, ile o „miejsce” pojedynczej biografii w strukturze czasu.
Nie ma tu jednak tanich pocieszeń typu „nic nie ginie”. Wręcz przeciwnie: jej metafizyka czasu polega na akceptacji, że większość chwil przepadnie bez śladu. A mimo to nie są „puste”. Sens nie wynika z gwarancji zapisu w wieczności, tylko z jakości doświadczenia „tu i teraz”, przeżytego ze świadomością jego kruchości.
To podejście bywa zaskakująco terapeutyczne. Dla kogoś przytłoczonego obsesją „wielkiego celu” i trwałego dziedzictwa perspektywa Szymborskiej może być wyzwalająca: chwila ma wartość, nawet jeśli nie przejdzie do historii ani „do wieczności”.
Kosmiczny pejzaż z perspektywy ludzkiej kieszeni
Wyjście z pracy późną zimą: ciemno, zimno, tramwaj się spóźnia. Ktoś odruchowo zadziera głowę do góry i widzi nad sobą kilka jasnych punktów na niebie. „To tylko gwiazdy” – myśli. Dla Szymborskiej nie ma „tylko gwiazd”. Rozgwieżdżone niebo to jedno z najważniejszych tłów jej metafizyki.
W wierszach, gdzie pojawiają się odniesienia do kosmosu, zwykle zestawia je z bardzo przyziemnym rekwizytem: kieszenią, biletem, kromką chleba. Tę technikę można nazwać „kosmologią z poziomu kieszeni”. Nie ma tu wzniosłej astronomii, jest za to konsekwentne pytanie: jak żyć w świecie, w którym między zakupem bułek a sprawdzaniem poczty elektronicznej zawieszony jest bezmiar mgławic?
Ruch jest dwukierunkowy:
- kosmos umniejsza nasze dramaty – w skali galaktyk nasze spory są nieistotne,
- ale jednocześnie kosmos dowartościowuje naszą obecność – bo to właśnie w tej małej świadomości, idącej po chleb, wszechświat ogląda samego siebie.
Tu pojawia się najdelikatniejszy, „fromborski” wymiar jej metafizyki: świadomość, że po Koperniku nie możemy już myśleć o sobie jako o centrum kosmosu, ale też nie chcemy się zredukować do pyłu bez znaczenia. Ta rozpiętość między pyłem a poczuciem wyjątkowości jest jednym z głównych źródeł napięcia w jej wierszach „kosmicznych”.

Fromborskie anioły: Kopernik, wszechświat i przewrotność punktu widzenia
Frombork jako scena przewrotu i cichej rewolucji
Wyjazd nad morze, objazdowa wycieczka: ktoś trafia do Fromborka, ogląda makietę układu słonecznego, słucha przewodnika mówiącego, że „tu Kopernik ruszył Ziemię, zatrzymał Słońce”. Dzieci robią zdjęcia, dorośli wzruszają ramionami. U Szymborskiej taka scena nie byłaby wyłącznie turystycznym epizodem – raczej punktem zapalnym metafizycznej opowieści.
Frombork i Kopernik pojawiają się w jej twórczości bardziej jako symbol zmiany perspektywy niż gotowy temat historyczny. Rewolucja kopernikańska jest wzorcową metaforą tego, co dzieje się w wielu jej wierszach: punkt widzenia nagle się przesuwa, a to, co wydawało się centrum, staje się jednym z wielu obracających się punktów.
Taki „fromborski gest” polega na kilku ruchach:
- od centrum do peryferii – nasze „ja” schodzi z piedestału,
- od pewności do krążenia w niepewności – nic już nie jest stałym środkiem, wszystko pozostaje w ruchu,
- od jednego układu odniesienia do wielu – pojawia się świadomość, że inne istoty, inne światy, inne epoki widziałyby to samo zupełnie inaczej.
Tak rozumiana kopernikanizacja myślenia nie musi być bolesna. U Szymborskiej często jest podszyta humorem, jakby mówiła: „Spokojnie, to tylko wszechświat się rozszerza, a my wciąż możemy zrobić herbatę”.
Anioły, które nie są z pocztówki
Sformułowanie „fromborskie anioły” brzmi jak tytuł pocztówki z gotyckiej katedry. Szymborska, gdyby po nie sięgnęła, raczej odarłaby je z złotych skrzydeł i wstawiła do zwykłej sytuacji – na przykład do poczekalni, tramwaju albo na stronę gazetowego nekrologu. Jej „anioły” (czasem wprost nazwane, czasem tylko zasugerowane) nie są wysłannikami patetycznego Nieba, lecz figurami naszej potrzeby sensu.
W niektórych wierszach pojawia się rodzaj bezimiennej opieki: coś „nieznacznie” ratuje bohatera przed wypadkiem, ktoś spóźnia się na pociąg, który później wykoleja się na zakręcie. Szymborska nie mówi: „to cud” ani „to anioł stróż”. Raczej zostawia miejsce na cichą, niepewną wdzięczność wobec czegoś, co moglibyśmy nazwać „przypadkową łaską”.
Takie nienazwane „anioły” są bardzo odklejone od tradycyjnej hagiografii. Nie mają skrzydeł, nie objawiają się w świetlistej poświacie. Ich „działanie” polega na tym, że rzeczy układają się dziwnie korzystnie lub dziwnie znacząco. Poetka odnotowuje te zbiegi okoliczności, ale natychmiast opatruje je pytajnikiem. Uczy, jak żyć po kopernikańsku: bez gwarancji, że ktokolwiek w niebie czuwa, a jednocześnie z uwagą na każde drobne „o włos” naszego życia.
Kopernik w poezji Szymborskiej: mistrz odwróconych ról
W szkolnych podręcznikach Kopernik jawi się jako poważny uczony w todze, trzymający cyrkiel i globus. W wyobraźni Szymborskiej równie dobrze mógłby pojawić się jako ktoś, kto siedzi w kuchni, czyta rachunek za ogrzewanie i mimochodem przesuwa Ziemię z środka wszechświata na orbitę. Ten kontrast między wielką ideą a zwykłym życiem to kluczowa oś jej metafizycznego myślenia o nauce.
Naukowiec w jej wierszach – niezależnie, czy jest to biolog, astronom czy fizyk – bywa trochę śmieszny w swojej drobiazgowości, a zarazem wzruszająco heroiczny. Przesuwa granice poznania, ale sam pozostaje śmiertelnym człowiekiem z bólem kręgosłupa i nieopłaconym czynszem. Kopernik staje się w tym ujęciu patronem odwrócenia ról między „wielkim odkryciem” a „małym życiem”.
Ten zabieg ma wymiar metafizyczny: nauka nie jest tu przeciwieństwem duchowości. Przeciwnie, odkrycie, że Ziemia nie jest centrum, staje się najgłębszym duchowym wstrząsem – zmusza do przemyślenia, gdzie szukać „środka” sensu, skoro nie leży on już w geograficznym lub astronomicznym punkcie odniesienia.
Kosmiczny pył i ludzka biografia
Gdy w wiadomościach pojawia się informacja o roju meteorów albo o „kosmicznym pyle” spadającym na Ziemię, większość ludzi wzrusza ramionami. Dla Szymborskiej to gotowy obraz metafizyczny: jesteśmy zrobieni z tego samego materiału, który przelatuje nad naszymi głowami jako świetliste ślady. „Pył kosmiczny” staje się metaforą naszego pochodzenia i naszego końca.
W tym motywie splatają się trzy intuicje:
- materia jest jedna – to samo, co tworzy gwiazdy, tworzy ludzkie ciało,
- świadomość jest „anomalią” w tym pyle – pojawia się na moment, patrzy w niebo, znika,
- opowieść, jaką o tym snujemy, jest jedyną „nadwyżką” wobec czystej fizyki.
Żart jako tarcza przed nicością
Kelner w kawiarni potyka się o krzesło, ktoś niezdarnie zbiera rozsypany cukier, przy innym stoliku ktoś tłumaczy w półszeptem sens życia. Ktoś się śmieje, ktoś wzdycha. W takim kadrze Szymborska umiałaby ustawić kamerę tak, by w tym niezgrabnym ruchu kelnera zobaczyć też lekki ukłon wobec nicości.
Jej metafizyka bez pocieszeń nie byłaby do zniesienia, gdyby nie humor. Ten humor nie polega na wygłupie, tylko na precyzyjnym przesunięciu akcentu: tam, gdzie inni stawiają wykrzyknik („śmierć!”, „wieczność!”), ona dorzuca nawias, dygresję, ironiczny dopisek. Żart nie kasuje powagi, raczej ją odkaża z patosu, który grozi zafałszowaniem doświadczenia.
W wielu wierszach, zwłaszcza tych „poważnych”, pojawia się drobny komiczny szczegół: źle dobrany garnitur na pogrzebie, nieporadne słowa kondolencji, anatomia łzy, która „też ma swoją fizjologię”. To nie jest brak szacunku wobec cierpienia. To przypomnienie, że metafizyka dzieje się zawsze w ciele, w gafach, w pomyłkach językowych. Że pytanie „po co?” zadaje ktoś, komu zaraz zgaśnie ekran telefonu, bo skończyła się bateria.
Taka postawa ma skutek uboczny: rozbraja patos religijnych i ateistycznych pewników. Gdy ktoś zbyt stanowczo ogłasza, co jest „po tamtej stronie”, styl Szymborskiej natychmiast się włącza jak alarm: a może jednak wpuśćmy tam trochę powietrza, spróbujmy zadać jeszcze jedno pytanie, nawet jeśli zabrzmi śmiesznie.
Humor w jej wydaniu staje się więc jednym z najpoważniejszych narzędzi metafizycznych. Pozwala podejść do granicy – śmierci, nicości, przypadkowości – bez teatralnego płaszcza, za to z trzeźwym spojrzeniem i gotowością przyznania: „Nie wiem, ale spróbuję o tym opowiedzieć tak, żebyśmy wytrzymali tę niewiedzę razem”.
Fromborskie zwiedzanie jako ćwiczenie duchowe
Wycieczka szkolna idzie gęsiego przez planetarium. Ktoś popycha kogoś łokciem, ktoś inny ziewa, ale kiedy gasną światła i na kopule zapala się nocne niebo, na kilka sekund zapada cisza. To właśnie ten króciutki moment skupienia najbardziej pasuje do metafizyki Szymborskiej.
Zwiedzanie Fromborka w jej optyce mogłoby być rodzajem świeckich rekolekcji. Zamiast nabożeństwa – prezentacja o ruchu planet. Zamiast kazania – wykresy orbit. A jednak pytania są stare jak świat: gdzie my w tym wszystkim? Po co to się kręci? Czy komuś w ogóle zależy, żeby ten układ trwał?
W wierszach, w których pobrzmiewa echo kopernikańskie, pojawia się specyficzna praktyka myślowa: mini-meditacja nad własnym miejscem w kosmosie. Nie ma tu jednak patosu „człowieka wobec gwiazd”. Jest raczej proste ćwiczenie:
- najpierw uświadomienie sobie skali – że nasz układ planetarny to raptem pył w Galaktyce,
- potem powrót do ciała – ciężar fotela, ciepło herbaty, ból kolana,
- wreszcie próba pogodzenia tych dwóch planów w jednym zdaniu, które nie będzie ani histeryczne, ani martwo rzeczowe.
Taka praktyka przypomina współczesne techniki uważności, ale ma inny cel: nie tylko „uspokoić myśli”, lecz znieść fałszywe podziały między tym, co rzekomo „wielkie” (gwiazdy, galaktyki), a tym, co „małe” (paragon z kiosku, guzik od płaszcza). To właśnie na styku tych skali pojawia się metafizyczny niepokój, który interesuje Szymborską – nie jako problem do rozwiązania, ale jako stan do przeżycia świadomie.
Wyjście z planetarium bywa tu ważniejsze niż samo widowisko. Wychodzi się na chłodny wiatr, ktoś sprawdza powiadomienia w telefonie, ktoś inny szuka drobnych na toaletę. Światło smartfona i światło gwiazd nie wykluczają się, tylko układają w jeden, czasem komiczny, czasem bolesny, obraz. Właśnie w nim dokonuje się cichutka rewolucja: nikt nas z góry nie mianował centrum, ale nikt też nie odebrał nam prawa do zadawania pytań.
Samotność istoty, która wie, że nie jest centrum
Kiedy ktoś po raz pierwszy naprawdę poczuje, że Ziemia nie jest środkiem czegokolwiek, często przechodzi przez krótki, trudny etap: wszystko wydaje się nagle mniejsze, mniej ważne, jakby spłaszczone. To doświadczenie dobrze rezonuje z niektórymi wierszami Szymborskiej, w których pod skromnym tonem pobrzmiewa cichy dreszcz samotności.
Świadomość „odcentrumowienia” ma w jej świecie dwa ostrza. Z jednej strony przynosi ulgę – nie musimy dźwigać roli „korony stworzenia”, nie ciąży nam już konieczność bycia sensem całego kosmosu. Z drugiej strony rodzi ostrą, niemal fizyczną samotność: jeśli nie jesteśmy w środku, to gdzie w ogóle jesteśmy? W jakiejś bocznej zatoczce bytu, na niedopilnowanej orbicie, w rogu nieczytelnej mapy?
W odpowiedzi pojawia się u niej bardzo ludzki odruch: budowania mikrosensów. Ktoś sadzi drzewo, ktoś opiekuje się psem, ktoś robi komuś kanapkę na drogę. Te drobne gesty nie udają odpowiedzi na pytania o sens „wielki”, ale działają jak kotwice. W świecie, w którym nikt z zewnątrz nie przydziela nam centralnej roli, znaczenie trzeba wytwarzać lokalnie: w kuchni, na przystanku, w szpitalnej poczekalni.
Metafizyczna samotność po kopernikańsku nie oznacza więc totalnego opuszczenia. Raczej wymusza nową solidarność „istot pobocznych”: ludzi, zwierząt, rzeczy, które akurat trafiły na siebie w tym fragmencie czasu i przestrzeni. W tej solidarności nie ma wielkich deklaracji, są raczej bardzo konkretne, drobne lojalności: pilnowanie czyjegoś snu, odbieranie kogoś z dworca, wysyłanie esemesów „dojechałem”. Tak wygląda jej praktyczny wymiar metafizyki.
Archiwum pyłu: pamięć zamiast nieśmiertelności
Na strychu w rodzinnym domu ktoś otwiera tekturowe pudło. W środku zdjęcia, pocztówki, bilety z muzeów, kartki świąteczne bez nadawców. Kurz unosi się w smudze światła. To jedna z najbardziej „szymborskich” scen – metafizyka w wersji papierowej.
Zamiast obietnicy nieśmiertelności, w jej wierszach często pojawia się motyw kruchych archiwów: ludzkiej pamięci, starych listów, zapomnianych notatek. Wszystko, co wytwarzamy – zdania, gesty, przedmioty – ma szansę przetrwać chwilę dłużej niż my, ale też jest skazane na powolne rozsypanie się w pył. Pamięć, indywidualna i zbiorowa, staje się więc jedyną realną „wiecznością”, jaką mamy do dyspozycji – i to wiecznością pełną luk, przeinaczeń, zapomnień.
Ten motyw łączy się z obrazem „kosmicznego pyłu”. Z jednej strony mamy fizyczny fakt: atomy naszych ciał wrócą do obiegu, być może kiedyś znów zabłysną w jakiejś gwieździe. Z drugiej – metaforyczne archiwum, w którym uchowa się kilka naszych zdań, fotografii, gestów. Oba procesy są równie bezosobowe, choć jeden wydaje się bardziej „duchowy”, drugi bardziej „materialny”. Szymborska nie stawia ich jednak w opozycji. Raczej pokazuje, jak się przecinają.
W praktyce oznacza to przesunięcie akcentu: zamiast pytać, „czy będziemy wieczni?”, pojawia się pytanie „jakie ślady po sobie zostawiamy, nawet jeśli znikną?”. Pisanie wiersza, zrobienie komuś zdjęcia, opowiedzenie rodzinnej historii przy obiedzie – wszystko to przypomina staranie o porządek w niestabilnym archiwum, które i tak kiedyś się rozsypie. Metafizyczna czułość polega tu nie na wierze w trwałość, lecz na trosce o to, co chwilowo powierzone naszej pamięci.
Nie-miejsce między nauką a wiarą
Ktoś siedzi w pociągu. Po lewej stronie sąsiad czyta popularnonaukową książkę o czarnych dziurach, po prawej – modlitewnik. Szymborska usiadłaby pewnie pośrodku z gazetą, ołówkiem i marginesem pełnym znaków zapytania.
Jej metafizyka sytuując się „po kopernikańsku”, tworzy osobliwe nie-miejsce między nauką a wiarą. Nauka dostarcza jej języka: orbit, kwarków, galaktyk, ewolucji. Wiara – leksyki codziennej metafizyki: aniołów, cudu, łaski, przeznaczenia. Żaden z tych dyskursów nie zostaje przyjęty w całości, żaden też nie zostaje wyśmiany do końca. Zamiast tego powstaje strefa wspólna, w której oba języki są testowane poetyckim doświadczeniem.
W wielu wierszach widać, jak próbne metafory religijne i naukowe zderzają się z konkretem sytuacji: szpitalnym korytarzem, rozmową telefoniczną, zwykłym spacerem po lesie. Jeśli obraz „anioła” coś w tej sytuacji rozjaśnia – zostaje. Jeśli bardziej przesłania – odpada jak źle dobrana metafora. Podobnie z naukowymi pojęciami: jeśli „wielki wybuch” nie pomaga zrozumieć czyjegoś konkretnego żalu, staje się tylko efektowną figurą retoryczną do wykreślenia.
Tak powstaje metafizyczna przestrzeń próby zamiast dogmatu. Nie chodzi w niej o ustalenie, czy Bóg istnieje, ani o udowodnienie, że świat da się wyjaśnić czystą fizyką. Stawką jest raczej pytanie, jak mówić o ludzkim doświadczeniu granicznym (miłości, śmierci, przypadku), nie uciekając ani w gołe liczby, ani w gotowe kościelne formuły. Szymborska wybiera język trzeci: codzienny, czuły na drobiazg, podszyty humorem, gotowy na to, że każde kolejne słowo będzie musiało zostać kiedyś poprawione.
Człowiek jako chwilowy narrator wszechświata
Nocna podróż autem. Radio cicho gra, na poboczu przemykają znaki, a nad drogą wisi mglista Droga Mleczna. Kierowca myśli o jutrzejszym spotkaniu w pracy, o rachunku za prąd, o tym, czy w bagażniku nic się nie przewraca. Nadmiar rzeczy do ogarnięcia, a nad tym wszystkim pełznie ogromna kosmiczna sceneria.
W takim obrazie Szymborska zobaczyłaby człowieka jako chwilowego narratora wszechświata. Na bardzo krótki odcinek czasu dostajemy głos: możemy nazywać, opisywać, pytać, porównywać. Kiedy nas już nie będzie, materia będzie dalej krążyć, ale nasza konkretna opowieść się urwie. Ten element „opowiadania” świata jest w jej metafizyce kluczowy – to nasza jedyna przewaga nad kosmicznym pyłem.
Nie chodzi jednak o wielkie systemy filozoficzne. Narracja, która ją interesuje, rodzi się raczej w drobnych zdaniach:
- „To było ważne popołudnie, choć nic szczególnego się nie wydarzyło”,
- „Ten człowiek był w moim życiu tylko chwilę, ale zmienił bardzo wiele”,
- „Dziwnie jasno było tego dnia, jakby powietrze pamiętało o czymś, czego ja już nie pamiętam”.
Takie zwyczajne zdania są formą metafizycznego aktu: zapisują napięcie między tym, co ulotne, a tym, co domaga się nazwania. Szymborska pokazuje, że każdy człowiek – także ten, który nigdy nie sięgnie po „poważną filozofię” – funkcjonuje jako nieformalny metafizyk, kiedy próbuje ująć swoje doświadczenie w słowa. Że między robieniem kanapki a patrzeniem w gwiazdy istnieje nitka narracji, która spina oba te światy w jedno, choć bardzo kruche, znaczenie.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Na czym polega metafizyka Wisławy Szymborskiej w porównaniu z innymi polskimi noblistami?
Kiedy czytelnik przeskakuje z „Chłopów” Reymonta do wierszy Szymborskiej, ma wrażenie jakby z kościoła na wzgórzu trafił nagle do kuchni, w której ktoś myje naczynia i zadaje bardzo poważne pytania. U Reymonta i Miłosza metafizyka ma wyraźne zaplecze religijne, wspólnotowe czy systemowe, u Tokarczuk – mitologiczne i narracyjne. Szymborska wchodzi w tę samą przestrzeń „ostatecznych spraw”, ale robi to z perspektywy codzienności, bez obietnicy spójnej doktryny.
Jej metafizyka opiera się na małych, konkretnych sytuacjach – odkurzanie, czytanie nekrologów, podróż pociągiem – i na fundamentalnym „nie wiem”. W efekcie w polskiej linii noblowskiej zajmuje miejsce poetki najbardziej sceptycznej wobec wielkich wyjaśnień, a jednocześnie szczególnie wyczulonej na metafizyczne drżenie ukryte w drobiazgach.
Co oznacza „metafizyka codzienności” w poezji Wisławy Szymborskiej?
Wyobraź sobie, że stoisz przy zlewie, sortujesz śmieci, a w głowie nagle pojawia się pytanie: „co tu się naprawdę dzieje?”. Dokładnie w takim momencie zaczyna działać „metafizyka codzienności” Szymborskiej. Nie szuka ona Boga, wieczności czy przeznaczenia w wielkich objawieniach, lecz w zwykłych gestach, przedmiotach i nawykach.
Metafizyka codzienności polega u niej na tym, że zwykłe rzeczy – kurz na półce, niesparowana skarpetka, kot w pustym mieszkaniu – stają się punktem wyjścia do pytań o życie, śmierć, przypadek i sens istnienia. Konkretny detal nie jest tłem, tylko bramą do czegoś większego, choć nigdy do końca nazwanego.
Jak rozumieć słynne „nie wiem” z mowy noblowskiej Szymborskiej?
Studentka po lekturze mowy noblowskiej zapisała sobie na okładce zeszytu wielkie „NIE WIEM” i dopisała: „to ma być program?”. U Szymborskiej rzeczywiście jest to program – nie tyle nieporadność, ile świadomy wybór postawy wobec świata. „Nie wiem” oznacza rezygnację z udawanej wszechwiedzy i przyjęcie, że rzeczywistość przekracza nasze pojęcia.
To zdanie staje się fundamentem jej metafizyki: każdy wiersz jest próbą, a nie dogmatem; pytanie, a nie orzeczeniem. W takim ujęciu „nie wiem” to forma szacunku wobec tajemnicy istnienia, coś w rodzaju świeckiej „bojaźni Bożej” – świadomość granic własnego poznania zamiast łatwych, pocieszających odpowiedzi.
Na czym polega różnica między mówieniem o Bogu u Miłosza i u Szymborskiej?
Gdy czyta się Miłosza, ma się często wrażenie rozmowy z Bogiem na wysokim C – z patosem, gniewem, pytaniami o zło historii i sens zbawienia. Bóg jest tam wyraźnie nazwany, bywa oskarżony, przywołany na scenę wprost. Miłosz działa w rejestrze wielkich pojęć: łaski, historii zbawienia, grzechu.
U Szymborskiej jest inaczej: rzadko pojawia się bezpośrednia apostrofa do Boga, a jeśli już, to często podszyta ironią, w rodzaju „czy tak to miało wyglądać?”. Zamiast sporów z osobowym Bogiem dominuje badanie ciszy – tego, że nikt „z góry” nie odpowiada, gdy świat się rozpada, gdy umiera ktoś bliski. Jej poezja bardziej rejestruje skutki metafizycznego milczenia niż dialog z wyraźnie zarysowanym Adresatem.
Czy Wisławę Szymborską można nazwać poetką religijną lub nihilistyczną?
Kto pierwszy raz trafia na jej ironiczne wiersze, bywa rozdarty: za mało w nich deklaracji wiary, by mówić o poezji religijnej, i za dużo czułości oraz odpowiedzialności, by uznać je za nihilistyczne. Szymborska nie neguje istnienia Boga ani żadnego porządku wyższego, ale konsekwentnie unika twierdzeń, że mamy do niego pewny, systematyczny dostęp.
Najtrafniej opisać ją jako twórczynię „metafizyki agnostycznej”: otwartej na tajemnicę, nieufnej wobec dogmatów. Jej wiersze wychodzą z założenia, że sens może istnieć, ale nie daje się zamknąć w gotowej formule. Z tego wynika ton ostrożności, który jest przeciwieństwem zarówno religijnego triumfalizmu, jak i prostego „nic nie ma”.
Skąd wzięło się zestawienie „fromborskie anioły” i „kosmiczny pył” w interpretacji Szymborskiej?
Turysta stojący pod wieżą we Fromborku patrzy raz na anioły w kościelnych dekoracjach, raz na tablice o Koperniku i jego „rewolucji niebieskiej”. W tym napięciu – między tradycyjnym obrazem uporządkowanego, „anielskiego” świata a wizją człowieka jako pyłku w bezkresnym kosmosie – rozgrywa się metafizyka Szymborskiej. Anioły symbolizują porządek, sens i narrację z centrum, kosmiczny pył – rozpadu hierarchii i przypadkowość.
Szymborska nie opowiada się jednoznacznie po żadnej ze stron. Jej wiersze pokazują życie człowieka dokładnie między tymi biegunami: bez gwarancji zbawienia, ale też bez łatwego, pozbawionego sensu nihilizmu. Świat jest jednocześnie sceną pełną śladów dawnej metafizyki i fragmentem ogromnej, obojętnej materii – a człowiek musi nauczyć się żyć w obu tych perspektywach naraz.
Jak doświadczenie XX wieku wpłynęło na metafizykę Szymborskiej?
Dla pokolenia, które przeżyło wojny, totalitaryzmy i upadek wielkich ideologii, obietnice „ostatecznych wyjaśnień” brzmią podejrzanie. Szymborska debiutowała w czasach socrealizmu, przeszła przez okres wiary w ideologię, a później konsekwentnie się od niej odcięła. Ta droga zostawia ślad w jej metafizyce: nieufność wobec wszelkich systemów – religijnych, politycznych czy filozoficznych.
Wiersze Szymborskiej proponują zamiast tego praktykę czujnego wątpienia. Człowiek jawi się jako istota uwikłana w przypadek, ewolucję, ślepe biegi historii, w których schemat nagrody i kary przestaje działać. Jednocześnie w tych samych wierszach obecna jest powaga dobra, czułości, odpowiedzialności – ale już bez obudowy w postaci wielkiej, niepodważalnej narracji o sensie świata.
Najważniejsze wnioski
- Metafizyka Szymborskiej wyrasta z codzienności: z przedziału pociągu, zlewu, odkurzacza, kota w pustym mieszkaniu – to zwykłe sytuacje uruchamiają pytania o sens, przypadek i śmierć.
- Kluczowe napięcie jej poezji rozpięte jest między tradycyjnym porządkiem („anioły z Fromborka”) a kopernikańskim odkryciem ludzkiej „pyłkowości” w kosmosie; nie ma tu obietnicy zbawienia, ale też nie ma łatwego nihilizmu.
- Na tle innych polskich noblistów Szymborska buduje naj mniej systemową, a zarazem bardzo konsekwentną metafizykę – zamiast wielkich doktryn (Reymont, Miłosz, Tokarczuk) proponuje „metodę drobnych podejrzeń” i ciche „po co?” zadawane w kuchni czy tramwaju.
- Jej fundamentem jest programowe „nie wiem” z mowy noblowskiej: rezygnacja z pozornej wszechwiedzy, uznanie, że każdy wiersz jest próbą, a metafizyczne doświadczenie to sieć lokalnych momentów niewiedzy wobec śmierci, przypadku i trwania rzeczy.
- „Nie wiem” pełni funkcję świeckiej „bojaźni Bożej” – jest formą szacunku wobec tajemnicy istnienia, którą Szymborska traktuje poważnie, ale nie patetycznie, bez zamieniania jej w hasło czy ideologiczny sztandar.
- W odróżnieniu od Miłosza, który rozmawia z Bogiem wprost, z patosem i jasno nazwanymi kategoriami, Szymborska bada raczej milczenie po stronie Absolutu, posługując się ironią, półuśmiechem i niepewnym pytaniem „czy tak to miało wyglądać?”.






