Pisarki PRL-u, które historia próbowała przemilczeć

0
6
Rate this post

Nawigacja:

Scena otwarcia: czyja książka znika z półki?

Wchodzisz do małego antykwariatu, pachnie kurzem i starym papierem. Między Sienkiewiczem a Tokarczuk trafiasz na półkę z wyblakłymi grzbietami: nazwiska, które nic ci nie mówią, choć sprzedawca rzuca od niechcenia: „O, to moja matka kochała tę pisarkę”. Wracasz pamięcią do szkolnych lekcji języka polskiego – ani jednego z tych nazwisk tam nie było.

Zderzają się dwa światy. Z jednej strony żelazny kanon: Prus, Żeromski, Miłosz, Konwicki, Iwaszkiewicz. Z drugiej – to, co czytały kobiety w PRL-u: powieści pożyczane z rąk do rąk, niewielkie nakłady, książki znikające z bibliotek wraz z wymianą katalogów. W rodzinnych opowieściach przewijają się tytuły i bohaterki, których nie znajdziesz ani w szkolnych wykazach lektur, ani w większości opracowań historii literatury.

Dlaczego jedne autorki PRL-u zostały na trwałe wpisane w pamięć zbiorową, a inne, mimo wysokiego poziomu literackiego, spadły z półek i zniknęły z rozmów? Odpowiedź rzadko jest prosta. U jednych zadziałał cenzorski ołówek, u innych – „miękkie” wyciszanie przez krytyków i wydawców. Czasem wystarczyło, że pisały zbyt szczerze o kobiecym ciele, macierzyństwie, seksualności czy samotności w małym mieście. Czasem – że podpisały niewłaściwy list lub odmówiły udziału w oficjalnej delegacji pisarskiej do „bratniego kraju”.

Pisarki PRL-u mierzyły się z potrójnym filtrem: polityką, płcią i cenzurą. Każdy z tych elementów osobno mógł utrudnić karierę literacką. Razem tworzyły układ, który jedne nazwiska windował, a inne spychał na margines, nawet jeśli książki sprzedawały się dobrze i miały oddaną czytelniczą publiczność. Zrozumienie tych mechanizmów to pierwszy krok, by świadomie sięgnąć po zapomniane autorki i przywrócić je do obiegu – nie z sentymentu, lecz z poczucia sprawiedliwości i literackiej ciekawości.

Jak działał system: PRL-owska cenzura i mechanizmy „miękkiego wymazywania”

GUKPPiW i trzy obiegi literatury

W realiach PRL kluczowym graczem był Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW). Każdy maszynopis, zanim stał się książką, przechodził przez cenzorskie biurko. Dotyczyło to zarówno pisarzy, jak i pisarek. Jednak to kobiety częściej słyszały przy tym, że „niepotrzebnie się denerwują”, „niepotrzebnie epatują prywatnością” albo „nie rozumieją większego interesu społecznego”.

Funkcjonowały de facto trzy obiegi literatury:

  • obieg oficjalny – książki zatwierdzane przez cenzurę, wydawane przez państwowe oficyny, recenzowane w prasie;
  • drugi obieg – wydawnictwa podziemne, głównie po 1976 roku, drukowane w konspiracji, często na powielaczach, bez zgody cenzury;
  • obieg emigracyjny – książki publikowane w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, czytane w kraju w kopiach maszynopisowych lub przemycanych egzemplarzach.

Pisarki funkcjonowały we wszystkich tych obiegach jednocześnie. Ktoś mógł publikować oficjalnie powieść obyczajową, w drugim obiegu eseje polityczne, a na emigracji – wspomnienia. Kiedy po 1989 roku próbowano „uporządkować” historię literatury PRL, wiele z tych hybrydowych biografii zwyczajnie nie pasowało do prostych schematów: „opozycja” kontra „lojalni wobec systemu”. Najłatwiej było je przemilczeć.

Zakaz bezpośredni: ingerencja cenzury w tekst pisarek

Najbardziej spektakularnym narzędziem była bezpośrednia ingerencja cenzora: książki zatrzymane „na półce”, fragmenty wycięte, nakład wstrzymany tuż przed dystrybucją. Dotykało to tekstów o tematyce politycznej, ale także – o kobiecej cielesności, gwałcie, aborcji, przemocy domowej, wątpliwościach religijnych.

Cenzorzy mieli szczególną alergię na połączenie dwóch tematów: kobieta + polityka. Gdy bohaterka była świadkiem Grudnia ‘70, robotniczych strajków, represji, a przy tym analizowała własne pragnienia, ambicje i lęki – tekst natychmiast stawał się podejrzany. Często „ratowano” powieść, zmieniając zakończenie na bardziej „budujące” albo wymazując wątki zbyt krytyczne wobec partii czy milicji.

Pisarki skarżyły się w listach i dziennikach (często zachowanych w archiwach rodzinnych), że cenzorzy potrafili kazać im usuwać sceny kłótni małżeńskich, bo „osłabiają obraz rodziny socjalistycznej”, lub fragmenty o depresji poporodowej, bo „nie wolno budować czarnego obrazu macierzyństwa w Polsce Ludowej”. Czasem ingerencja była bardziej subtelna – zamiast całkowitego zakazu sugerowano zmiany, które de facto wybijały sens tekstu.

Miękkie wyciszanie: brak recenzji, dodruków i obecności w kanonie

Dużo częściej niż brutalny zakaz działały jednak metody „miękkiego wymazywania”. Cenzura pozwalała książce się ukazać, ale władza, krytyka i wydawcy robili wiele, by nie nabrała zbyt dużego znaczenia.

Typowe mechanizmy wyglądały tak:

  • brak recenzji w prasie głównego nurtu – książka ukazywała się, szybko znikała z księgarń, ale bez wsparcia recenzenckiego nie miała szans przebić się do szerszej świadomości;
  • odmowa dodruku – nawet gdy pierwszy nakład rozchodził się dobrze, wydawnictwo tłumaczyło, że „brak papieru”, „nie ta polityka wydawnicza”, „lepiej postawić na młodszych autorów”;
  • brak obecności w antologiach i podręcznikach – jeśli redaktor antologii decydował się włączyć jedną kobietę, zwykle sięgał po najbardziej bezpieczne i „sprawdzone” nazwiska, pomijając całe szeregi ciekawszych, ale mniej znanych autorek;
  • przesuwanie do kategorii „literatura kobieca” – czyli w praktyce: „niepoważna”, „psychologiczna”, „nadaje się na prezent imieninowy, ale nie do poważnej krytyki”.

W efekcie te same tytuły mogły być intensywnie czytane w obrębie jednego pokolenia kobiet – i kompletnie niewidzialne dla badaczy, antologistów i „wielkich” recenzentów. Po 1989 roku, gdy zaczęto szybko przepisywać historię literatury, w pierwszej kolejności sięgnięto po nazwiska mężczyzn-oponentów systemu. Autorki, które przez lata funkcjonowały »pomiędzy« – bez otwartego buntu, ale i bez pełnej lojalności – pozostały na marginesie.

Dodatkowe bariery dla kobiet: paternalizm i „dobroduszne rady”

Kobiece pisanie było filtrowane nie tylko przez cenzorów politycznych, lecz także przez redaktorów, krytyków i kolegów po fachu. W listach redakcyjnych do autorek powtarzały się paternalistyczne formuły: „pani ładnie pisze o uczuciach, po co pani się bierze za politykę?”, „kobiety nie będą chciały czytać o takich sprawach”, „czy nie lepiej skrócić te partie filozoficzne, są zbyt ciężkie?”.

Mechanizmy „dobrych rad” bywały wyjątkowo skuteczne. Autorki słyszały, że jeśli chcą mieć spokojne życie zawodowe, powinny:

  • unikać tematów uznawanych za „niekobiece” – opozycja, Kościół, homoseksualność, krytyka partii;
  • skupić się na „żenskiej psychologii”, domowych dramatach, relacjach miłosnych;
  • zachować „umiar” w opisywaniu seksu, przemocy, rozpaczy, bo „czytelniczki tego nie lubią”.

Niekiedy naciski szły jeszcze dalej, dotykając życia prywatnego. Na mężów pisarek (często również należących do środowisk inteligenckich lub partyjnych) wywierano presję, by „uspokoili żony” lub odradzili im publikowanie zbyt odważnych tekstów. To rodzaj przemocy symbolicznej, którego śladów należy dziś szukać nie tylko w archiwach państwowych, ale właśnie w rodzinnych szufladach: niedosłanych maszynopisach, listach i dziennikach.

Szara strefa niepamięci

Wiele pisarek PRL-u nie było nigdy formalnie zakazanych. Ich książki ukazywały się, miały czytelników, bywały nawet nagradzane lokalnymi nagrodami czy wyróżnieniami związkowymi. Jednak nie trafiły do mocnych instytucjonalnych „półek pamięci”: szkolnych lektur, serii klasyki, akademickich programów nauczania.

Mini-wniosek z tej części jest prosty: cisza także jest narzędziem cenzury. Brak rozmów, brak przedruków i brak obecności w kanonie może być równie skuteczny, jak jawny zakaz druku. Żeby dziś odzyskać zapomniane autorki, trzeba świadomie szukać tam, gdzie kiedyś zapadła cisza – w katalogach antykwariatów, archiwach wydawnictw, rodzinnych pudełkach z maszynopisami.

Stare biurko pisarskie z kałamarzem, zegarem i skórzaną torbą
Źródło: Pexels | Autor: Pixabay

Płeć, ideologia i rynek: dlaczego kobiece głosy były bardziej narażone na przemilczenie

Mit „kobiety socjalistycznej” a rzeczywiste życie

Oficjalna propaganda PRL-u chętnie posługiwała się obrazem „kobiety socjalistycznej”: pracującej zawodowo, zaangażowanej w budowę nowego ustroju, dumnej z równości płci. Plakaty przedstawiały uśmiechnięte robotnice przy taśmach, traktorzystki, lekarki w fartuchach. Teoretycznie kobieta miała dostęp do edukacji, pracy i kultury na niespotykaną wcześniej skalę.

Pod powierzchnią haseł codzienność wyglądała jednak inaczej. To kobiety wykonywały „drugi etat” w domu, opiekowały się dziećmi, stały w kolejkach, dbały o więzi rodzinne. W literaturze oznaczało to, że większość bohaterek funkcjonowała właśnie w tych przestrzeniach – prywatnych, półprywatnych, pozornie „niepolitycznych”. A to był obszar, który krytyka i oficjalny dyskurs skłonna była bagatelizować.

Pisarka, która opisywała życie w małym mieście, frustrację z powodu wiecznego „godzenia wszystkiego”, nie mieściła się ani w wizji heroicznej „kobiety socjalistycznej”, ani w tradycyjnym romantycznym kanonie „wielkich bohaterów narodowych”. Taka proza lądowała w szufladce „obrazki obyczajowe”, a jej autorka – na marginesie.

Równość na papierze, mizoginia w krytyce literackiej

Konstytucja i oficjalne dokumenty PRL gwarantowały równość płci. Związek Literatów Polskich miał członkinie, kobiety otrzymywały nagrody państwowe, organizowano wieczory autorskie. Jednocześnie język krytyki literackiej, listy recenzentów i praktyka wydawnicza wciąż mocno osadzone były w patriarchalnych schematach.

Przykładowe sformułowania z ówczesnych recenzji pisarek (często powtarzane w różnej wariacji):

  • „zgrabna, kobieca proza, ale daleka od wielkich problemów epoki”;
  • „autorka zbyt mocno eksponuje emocje, kosztem analizy społecznej”;
  • „miła książka dla pań, panów raczej nie zainteresuje”;
  • „interesujące spostrzeżenia psychologiczne, choć brak tu właściwego pisarzom męskiego rozmachu”.

W praktyce krytyka literacka tworzyła hierarchię: mężczyźni mieli prawo pisać zarówno o polityce, jak i o uczuciach, o historii i o codzienności. Kobietom zostawała wąska nisza „prozy kobiecej”, rozumianej jako coś mniejszego, pobocznego, użytkowego. Gdy po latach powstawały syntezy literatury PRL, powielano te schematy – sięgano po nazwiska mężczyzn, którzy „opisali epokę”, a pomijano kobiety, które przepracowały tę samą epokę przez doświadczenie ciała, domu, rodziny, pracy biurowej.

Tematy „prywatne”, czyli to, czego nie uznawano za literaturę wysoką

Wśród tematów, które szczególnie łatwo spychały autorki na margines, powtarzały się:

  • macierzyństwo – zwłaszcza w perspektywie ambiwalentnej: zmęczenie, depresja, wątpliwości, poczucie utraty siebie;
  • aborcja – uregulowana prawnie, ale przemilczana emocjonalnie, stanowiąca tabu zarówno dla Kościoła, jak i państwa;
  • przemoc domowa i alkoholizm – uderzające w obraz „zdrowej socjalistycznej rodziny”, niewygodne dla wizerunku państwa;
  • samotność kobiet w małych miastach – prowincja była często „białą plamą” kulturową, a jej problemy miały być przykryte optymistycznym obrazem rozwoju;
  • lesbijskość i queer w PRL – tematy na tyle niebezpieczne, że pojawiały się głównie w zawoalowanej formie, często rozbijając się o cenzurę.

Kiedy „życie wewnętrzne” staje się zagrożeniem dla ideologii

Wyobraźmy sobie książkę, w której nic „wielkiego” się nie dzieje: żadnych wielkich procesów politycznych, żadnych bohaterów podziemia. Jest za to kaszlące dziecko, nieudane małżeństwo, długie kolejki po mięso i poczucie, że ktoś nad twoim życiem rozciągnął niewidzialną folię. W PRL takie historie bywały najgroźniejsze – właśnie dlatego, że dotykały tego, o czym wszyscy milczą, a co czują codziennie.

Ideologia potrzebowała prostych figur: „kobiety pracy”, „bohaterek na froncie walki o pokój”, „dzielnych matek obywateli socjalistycznej ojczyzny”. Tymczasem pisarki coraz częściej opisywały rozpad zaufania do instytucji, gorycz kompromisów, poczucie utknięcia. Ich bohaterki nie marzyły o wielkich czynach, tylko o tym, żeby ktoś wreszcie zapytał je, czego one same chcą.

Taka proza, nawet jeśli formalnie „niepolityczna”, demaskowała ideologiczne kłamstwo: pokazywała, że równość zapisana w dokumentach nie przekłada się na codzienność. Dla cenzury i krytyki to była niewygodna perspektywa – trudna do ataku otwartego, ale skutecznie spychana w bok, jako „intymistyczna”, „małostkowa”, „oderwana od wielkich procesów historycznych”.

Mini-wniosek z tego napięcia jest prosty: kobieca prywatność stawała się polityczna dokładnie w tym momencie, gdy literatura traktowała ją poważnie. To wtedy rosło ryzyko przemilczenia – nie za wrogie hasła, lecz za upór, by nazwać po imieniu to, co system chciał rozpuścić w sloganie.

Oficjalny nurt: pisarki w socrealizmie i późnym PRL-u, które wymknęły się pamięci

Autorki socrealizmu: między etatem a potrzebą mówienia własnym głosem

Wczesne lata pięćdziesiąte kojarzą się zwykle z głośnymi, „programowymi” powieściami męskich autorów: o przodownikach pracy, odbudowie kraju, kolektywizacji wsi. Tymczasem w tym samym czasie wiele pisarek pracowało dosłownie na dwóch etatach – w zakładach pracy i przy biurku – próbując pogodzić wymogi socrealizmu z własnym doświadczeniem.

Część z nich pisała powieści „fabryczne” czy „biurowe”, które na pierwszy rzut oka spełniały wszystkie kryteria ideologiczne: pozytywni bohaterowie, klasowa czujność, krytyka „wrogów ludu”. Dopiero uważniejsza lektura odsłaniała coś więcej: nieporadnie wprowadzone sceny zmęczenia, irytacji, znużenia, drobne gesty oporu bohaterek, które nie chcą być tylko trybikami w maszynie.

Te książki miały zwykle krótkie życie. Były „odfajkowane” w katalogach wydawnictw, pojawiały się na listach „pozycji słusznych ideowo”, po czym znikały bez przedruków i bez miejsca w historii literatury. Paradoks polega na tym, że autorki współtworzące oficjalny nurt stały się później podwójnie niechciane: PRL przestał ich potrzebować po odejściu od socrealizmu, a III RP nie chciała pamiętać o kimkolwiek kojarzącym się z tamtym stylem.

„Pomiędzy” socrealizmem a prozą psychologiczną

W kolejnych dekadach pojawiały się pisarki, które lawirowały między oczekiwaniami władz a własną wrażliwością. Z zewnątrz wyglądało to jak bezpieczny kompromis: trochę scen w zakładzie pracy, trochę dialogów o postępie, a w tle rozbudowana warstwa psychologiczna. W praktyce to właśnie ta „warstwa” bywała najistotniejsza i najbardziej szczera.

W jednej z typowych powieści z lat sześćdziesiątych fabuła w oficjalnym streszczeniu brzmiała: „młoda inżynierka odnajduje swoje miejsce w nowoczesnym zakładzie przemysłowym”. Tymczasem czytelniczki zapamiętywały przede wszystkim coś innego: opisy dusznej atmosfery w mieszkaniu z teściową, drobnych upokorzeń w pracy, poczucia, że sukces zawodowy nie przekłada się na szacunek w domu. To były rzeczy, o których mówiło się po cichu w kolejce po szynkę, ale rzadko w oficjalnych dyskusjach literackich.

Takie książki trafiały w próżnię krytyczną. Dla części recenzentów były „zbyt prywatne”, dla innych „zbyt socjalistyczne”, by można je było chwalić po 1989 roku. Zostały więc w zawieszeniu: ani jako „dzieła epoki socrealizmu”, ani jako kanoniczne powieści psychologiczne. Wymknęły się pamięci dokładnie dlatego, że nie pasowały do prostych etykiet.

Późny PRL: ironia, rozczarowanie i kobiety po czterdziestce

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte przyniosły nowy typ bohaterki: nie młodą entuzjastkę, lecz kobietę po czterdziestce, która widzi, że wiele obietnic systemu nigdy się nie spełniło. W prozie autorek z tego okresu mocno wybrzmiewał ton ironii, rezygnacji, czasem gorzkiego humoru.

Takie bohaterki miały za sobą już kilka etapów: młodzieńczy idealizm, pierwszą pracę, małżeństwo, narodziny dzieci, a potem powolne odkrywanie, że w całym tym „projekcie społecznym” brakuje miejsca na ich własne potrzeby. Zaczynały zadawać niewygodne pytania: co to znaczy „spełnienie”, jeśli przez całe życie ktoś inny definiował twoją rolę? Czy można jeszcze zacząć od nowa, kiedy wokół jest kryzys gospodarczy, puste półki, strach?

Proza późnego PRL-u pisana przez kobiety często uciekała w formy pozornie lekkie: dzienniki, powieści epistolarne, lekką ironię. W tej lekkości krył się jednak ciężar doświadczenia – coś, co dzisiejszym czytelniczkom potrafi bardzo mocno „zazgrzytać zębami”. To kolejny powód, dla którego te książki nie przetrwały w kanonie: nie wpisywały się ani w legendę heroicznego oporu, ani w nostalgiczną opowieść o „ciepłym PRL-u”, gdzie wszyscy się znali i dzielili pomarańcze na święta.

Kto trafiał na okładki, a kto do przypisów

Rynek książki PRL-u nie był rynkiem wolnorynkowym w dzisiejszym sensie, ale logika widzialności działała podobnie: niektóre nazwiska krążyły w obiegu, inne znikały w przypisach. Autorki, które dało się przedstawić jako „wizytówkę” systemu – nagrodzone, aktywne w oficjalnych organizacjach, obecne w mediach – częściej trafiały na okładki czasopism, plakaty, jubileuszowe gale.

Jednocześnie wiele kobiet, które pisały o doświadczeniu codzienności, chorobie, przemocy, samotności, pozostawało w cieniu. Publikowały w mniejszych wydawnictwach, w seriach drugiego obiegu, w niszowych pismach. Ich książki sprzedawały się czasem przyzwoicie, ale brakowało im „instytucjonalnego wsparcia”: obecności w nagrodach, seriach klasyki, adaptacjach filmowych.

Po 1989 roku logika ta odwróciła się tylko częściowo. Zamiast „wizytówek socjalizmu” zaczęto wyróżniać „wizytówki oporu” – znów głównie w męskim wydaniu. Autorki, które nie miały jednoznacznie opozycyjnej legendy, wypadły z obiegu niemal bezszelestnie. W nowych syntezach literatury PRL ich nazwiska pojawiały się, jeśli w ogóle, w krótkich wzmiankach: jedna linijka, jedno zdanie, kilka tytułów bez komentarza.

Dlaczego tak trudno dziś je czytać – i właśnie dlatego trzeba próbować

Współczesna czytelniczka sięga po powieść z lat siedemdziesiątych i po kilkunastu stronach odkłada ją na bok: dziwne tempo, nieoswojony język, irytujące aluzje do realiów, których już nikt nie pamięta. To zrozumiałe. Sporo tekstów PRL-u, także tych napisanych przez kobiety, obrosło warstwą konwencji, która starzeje się gorzej niż sama treść.

Problem polega na tym, że przez tę warstwę trzeba się czasem przebić, żeby zobaczyć, o co naprawdę toczyła się gra. Pod naiwnym dialogiem na temat planu pięcioletniego kryje się nagle rozmowa o lęku przed bezrobociem i samotnością. Za przesadzonym opisem zakładowego święta stoi nieśmiała scenka, w której bohaterka po raz pierwszy od lat mówi „nie” mężowi czy szefowi. To nie są wielkie manifesty – to mikroskopijne przesunięcia, dzięki którym wiele czytelniczek w ogóle rozpoznawało swoje emocje.

Dlatego część krytyczek i badaczek literatury feministycznej zachęca dziś do lektury „pod włos”: nie po to, by zachwycać się formą, lecz by wsłuchać się w pęknięcia. Kiedy bohaterka nagle milknie, kiedy narrator „urwanym” zdaniem omija ważny temat, kiedy scena raptownie zmienia ton – to często są ślady cenzury, autocenzury albo zwyczajnego strachu.

Szkolne lektury, które nigdy nie powstały

Jednym z najsilniejszych filtrów pamięci jest szkoła. To, co trafia na listy lektur, ma szansę zostać z czytelnikami na lata; to, co pozostaje poza nimi, szybko rozmywa się w ogólnych skojarzeniach. W PRL listy lektur były narzędziem ideologicznym – promowały takich autorów i takie teksty, które wspierały wizję historii i społeczeństwa pożądaną przez państwo.

Pisarzy-mężczyzn, którzy w sposób „właściwy” opisywali przeszłość lub teraźniejszość, wdrażano w szkolne kanony stosunkowo chętnie. Kobiece nazwiska pojawiały się rzadziej i zwykle w określonym kontekście: jako autorki literatury młodzieżowej, opowiadań obyczajowych, tekstów „przydatnych wychowawczo”. Proza bardziej ambiwalentna, podszyta krytycyzmem lub ironią, nie miała szans na takie uhonorowanie.

To miało długotrwałe konsekwencje. Jeśli przez lata całe pokolenia uczniów nie spotykały się w szkole z prozą kobiet, które pisały o realnym doświadczeniu PRL, to po 1989 roku nie miały też podstaw, by o nie pytać. Kanon zbudowany w czasach socjalizmu – z jego mizoginicznymi filtrami – został w dużej mierze przejęty, a następnie lekko skorygowany, zamiast gruntownie przemyślany od nowa.

Między pisaniem a pracą zarobkową: ekonomia zapomnienia

Gdy mówi się o cenzurze czy przemilczeniach, łatwo skupić się tylko na decyzjach urzędników i redaktorów. Tymczasem duży udział miały też czynniki prozaiczne: pieniądze, czas, zmęczenie. Wiele pisarek PRL-u nie mogło pozwolić sobie na luksus „życia z literatury”. Pracowały na pełen etat w urzędach, szkołach, redakcjach, a pisały po nocach, w weekendy, na urlopach.

W praktyce oznaczało to, że każda kolejna książka była efektem ogromnego wysiłku. Gdy pojawiała się odmowa wydania lub decyzja o braku dodruku, uderzało to nie tylko w ambicje, lecz także w twardą ekonomię życia. Część autorek rezygnowała więc z kolejnych projektów, częściowo godząc się z rolą „autorki jednej książki”, częściowo przenosząc twórczość do szuflady.

To także jest mechanizm „miękkiego wymazywania”: system nie musiał zakazywać, wystarczyło, że nie stwarzał warunków, by pisarki mogły konsekwentnie budować dorobek. Dziś w katalogach bibliotecznych widać ten efekt: pojedyncze tytuły rozrzucone po dekadach, przerwy w publikacjach, niedokończone serie.

Nieoczywiste drogi powrotu: ekranizacje, teatry, internet

Część zapomnianych autorek wraca dziś do obiegu w zupełnie innych formach niż klasyczny przedruk powieści. Teatry sięgają po ich teksty jako materiał na spektakle o kobiecej historii PRL, reżyserki filmowe odnajdują w starych opowiadaniach gotowe szkice scenariuszy. Widzowie często nie wiedzą, że historia, która ich porusza, została napisana kilkadziesiąt lat temu przez autorkę, której nazwisko nie kojarzy się z żadnym „wielkim” nurtem.

Innym kanałem są oddolne inicjatywy czytelnicze: kluby książki, profile w mediach społecznościowych, blogi, na których pojawiają się fotografie pożółkłych okładek i krótkie notatki: „znalazłam w antykwariacie, nie mogłam oderwać się przez dwa wieczory”. Takie sygnały bywają początkiem szerszego zainteresowania – z nich rodzą się nowe wydania, artykuły, prace magisterskie.

Tu także działa efekt płci: to często kobiece sieci – klubów, kolektywów, grup dyskusyjnych – wykonują tę mrówczą pracę odzyskiwania. Gdyby ograniczyć się tylko do „oficjalnych” instytucji, część pisarek PRL-u nadal pozostałaby niewidzialna. Dlatego historia tych autorek to także historia nieformalnych, kobiecych kręgów pamięci, które uzupełniają to, czego nie zrobiły szkoły, uniwersytety i wydawnictwa.

Scena otwarcia: czyja książka znika z półki?

Wyobraź sobie bibliotekę w niewielkim mieście pod koniec lat osiemdziesiątych. Podchodzisz do działu „proza polska”, przesuwasz palcem po grzbietach: Konwicki, Brandys, Iwaszkiewicz… i nagle luka po cienkiej, spracowanej książce, którą pani bibliotekarka zdjęła z półki tydzień temu, „bo i tak nikt nie wypożyczał”. Nazwiska znikają nie spektakularnie, lecz cicho – przy okazji remanentu, przeprowadzki, zmiany gustów.

Tak mogły wylecieć z obiegu powieści autorek, które nie miały za sobą wyrazistego środowiska, wstawiającego się za nimi w kryzysowych momentach. Nikt nie pisał listów protestacyjnych, kiedy brakowało dodruku; nikt nie zabiegał o wznowienia, gdy wydawnictwa odchodziły od „starych” tytułów. Po paru latach te same książki można było znaleźć już tylko w pudłach na zapleczu, a potem – w kontenerze z makulaturą.

Scenki z bibliotek przypominają, że pamięć literatury nie znika tylko przez spektakularne zakazy. Czasem wystarczy kilka cichych decyzji: tu o selekcji księgozbioru, tam o zmianie profilu wydawnictwa, gdzie indziej o zamknięciu lokalnej księgarni. Dla autorek, które i tak ledwo przebiły się do widzialności, były to decyzje ostateczne.

Zbliżenie na ręczne pismo atramentem na biurku z piórami i kartką
Źródło: Pexels | Autor: cottonbro studio

Jak działał system: PRL-owska cenzura i mechanizmy „miękkiego wymazywania”

Scena z biblioteki to ostatnie ogniwo łańcucha, który zaczynał się dużo wcześniej – w gmachu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, w gabinetach redakcyjnych, w komisjach wydawniczych. Oficjalna cenzura PRL kojarzy się zwykle z czerwonymi pieczęciami i wyczernionymi akapitami, ale w praktyce była znacznie bardziej rozproszona i subtelna.

Formalnie każda książka przechodziła kontrolę, w której sprawdzano: zgodność z linią partii, stosunek do władzy, sposób przedstawiania historii, Kościoła, opozycji. W przypadku autorek pojawiał się jeszcze jeden filtr – niepisane przekonanie, że „kobiece” pisanie z natury jest mniej poważne. Cenzor mógł patrzeć łagodniej na opowieść o przyjaźni czy miłości, a ostrzej na tekst, w którym w tle prywatnych wątków majaczyła krytyka systemu, choćby bardzo zakamuflowana.

Miękkie wymazywanie zaczynało się od uwag: „za dużo mroku”, „bohaterka zbyt krytyczna wobec rzeczywistości”, „należy złagodzić finał”. Autorka, która dostała takie zalecenia przy trzeciej książce, często sama przycinała ostrze w czwartej – z obawy przed całkowitym odrzuceniem. Ten proces autocenzury był niewidzialny dla czytelniczek, ale skutecznie rozmywał to, co w tych tekstach było najbardziej niewygodne.

Inny poziom „miękkiej” kontroli działał w samych wydawnictwach. Redaktor mógł formalnie popierać równouprawnienie, a jednocześnie w praktyce uznawać, że „poważne” miejsce w planie wydawniczym należy się męskim nazwiskom – laureatom nagród, autorom „ważnych” powieści historycznych. Książka pisarki, nawet dobrej, lądowała wtedy niżej na liście priorytetów: brak papieru, przesunięcie na kolejny rok, skromny nakład.

Szczególnie charakterystyczne były sytuacje, kiedy tekst nie był blokowany wprost, lecz „rozmiękczany” przez serię pozornie technicznych decyzji: okrojony nakład, brak promocji, niewygodny termin premiery, brak egzemplarzy recenzenckich. Formalnie cenzor nie miał się do czego przyczepić, ale książka trafiała w czytelniczą próżnię.

Cenzura obyczajowa, czyli czego „nie wypadało” pisać kobiecie

Kiedy mężczyzna pisał o zdradzie, seksualności czy depresji, traktowano to jako odważne studium psychologiczne. Gdy podobne tematy podejmowała autorka, dużo łatwiej było ją skarcić za „epatowanie intymnością”, „przesadę” albo „niepedagogiczne” wzorce. Cenzorzy i redaktorzy, wychowani w konkretnym modelu obyczajowości, reagowali alergicznie na bohaterki, które otwarcie mówiły o braku pożądania w małżeństwie, aborcji, przemocy domowej.

Cenzura obyczajowa nie zawsze przyjmowała formę zakazów. Częściej działała przez pouczające uwagi: „może jednak zakończyć to pogłębioną autorefleksją bohaterki?”, „brakuje tu pozytywnej postaci mężczyzny”, „dobrze byłoby wskazać, że system oferuje wsparcie rodzinie”. Tak w tekstach, które zaczynały się od gniewu i rozpaczy, nagle pojawiały się łagodne, pojednawcze końcówki.

Dla niektórych czytelniczek to właśnie te „fałszywe” finały były sygnałem, że w tekście coś zostało złamane. Umiały czytać wbrew oficjalnej puencie, wyławiając z wcześniejszych scen zupełnie inny ton. Po latach jednak to właśnie kompromisowe zakończenia zaczęły przeszkadzać nowym czytelniczkom, które nie znały kulis ich powstania – książki wydawały się naiwne, „rozmyte”, a przez to mniej warte uwagi.

Płeć, ideologia i rynek: dlaczego kobiece głosy były bardziej narażone na przemilczenie

Na papierze PRL deklarował równość płci: kobieta miała pracować, głosować, uczestniczyć w życiu publicznym. W praktyce ten model opierał się na podwójnym obciążeniu – praca zawodowa plus pełna odpowiedzialność za dom. Pisarki, które brały na warsztat właśnie tę sprzeczność, dotykały newralgicznego punktu całego systemu.

Ideologia potrzebowała wizerunku „zadowolonej aktywistki”: dzielnej pracownicy, matki, działaczki społecznej. Gdy w literaturze zaczynały pojawiać się bohaterki sfrustrowane, zmęczone, wątpiące w sens „kobiecej emancypacji po PRL-owsku”, robiło się niewygodnie. Zwłaszcza jeśli te wątpliwości dotyczyły nie jednostkowych porażek, lecz samej konstrukcji codzienności.

Rynek – nawet jeśli państwowy – też miał swoje preferencje. Łatwiej było promować kolejną powieść o bohaterskim robotniku niż książkę o kobiecie, która próbuje negocjować z mężem podział obowiązków domowych i kończy z poczuciem przegranej. Kryzys ekonomiczny lat osiemdziesiątych tylko to wzmocnił: wydawcy woleli inwestować w tytuły, które „na pewno się sprzedadzą”, a więc albo w sprawdzone nazwiska, albo w literaturę rozrywkową, gdzie społeczny niepokój był zamaskowany humorem.

Kto miał prawo do „wielkiej historii”

Jednym z kluczowych pól konfliktu była „wielka historia”: wojna, okupacja, stalinizm, Solidarność. Męskim autorom wolno było pisać o tym wprost, z ambicją stworzenia „rozrachunkowej” powieści pokoleniowej. Kobiece perspektywy częściej spychano do kategorii tła: „codzienność na zapleczu wielkich wydarzeń”.

Kiedy pisarka decydowała się opowiedzieć o wojnie przez los dziewczyn z sierocińca, kobiet w obozowej kuchni czy robotnic w stoczni, krytyka potrafiła potraktować to jako „pomniejszanie” tematu. Tymczasem dla autorek była to jedna z niewielu dróg, by w ogóle wprowadzić swoje bohaterki na scenę historyczną, nie udając, że nagle stają się generałkami czy przywódczyniami strajków.

Taki podział miał konsekwencje po 1989 roku. W nowym dyskursie o „rozliczaniu się z PRL” pierwszeństwo przyznano książkom, które wpisywały się w męską narrację o oporze, zdradzie, przegranej i zwycięstwie. Opowieści o kobietach, które przeżyły ten sam czas w kuchniach, kolejce po mięso, przy łóżkach chorych, uznano za mniej nośne. Łatwo było je przesunąć do kategorii „literatury obyczajowej” – etykiety, która w polskiej krytyce długo bywała równoznaczna z „mniej ważną”.

„Kobiecość” jako etykietka marketingowa

Paradoksem jest to, że system potrafił też komercjalizować „kobiecość” w literaturze. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych rozkwitały serie „dla pań”: lekkie romanse, powieści o „pogodnym tonie”, poradniki ukryte w fabule. Wydawcy chętnie tam lokowali autorki, które mogły pisać znacznie ostrzej, ale z różnych powodów – ekonomicznych, rodzinnych, psychicznych – godziły się na łagodniejszą formę.

Te serie miały swoją wierną publiczność, ale rzadko były traktowane poważnie przez krytykę. Po 1989 roku sytuacja się nie poprawiła: nowe elity kulturalne często wrzucały cały ten nurt do jednego worka „babskiej literatury z PRL-u”, ignorując niuanse i wewnętrzne napięcia. Raz przyklejona etykietka marketingowa działała jak wyrok na kilkadziesiąt lat.

W efekcie w jednym szeregu lądowały książki naprawdę schematyczne i te, w których pod powierzchnią „pogodnej” fabuły buzowało doświadczenie samotności, przemocy, niespełnienia. O tym, czy dana autorka zostanie zapisana w kanonie, decydował często nie tekst, lecz to, w jakiej serii się ukazał i jak ustawiono go na półkach księgarni.

Oficjalny nurt: pisarki w socrealizmie i późnym PRL-u, które wymknęły się pamięci

W wyobraźni zbiorowej socrealizm bywa zamkniętym rozdziałem: kilka sztandarowych tytułów, parę obowiązkowych nazwisk, atmosfera przymusu. W tym uproszczeniu giną autorki, które w tamtym czasie próbowały najpierw odnaleźć się w narzuconej poetyce, a potem – po odwilży – powoli z niej wychodzić. Ich dorobek bywa nierówny, pełen kompromisów, ale właśnie przez to dobrze pokazuje napięcia między lojalnością wobec systemu a lojalnością wobec własnego doświadczenia.

Wczesne powieści wielu z nich wpisywały się w oficjalny kanon: bohaterki-entuzjastki, budowy, fabryki, pionierskie brygady. Gdzieś w tle jednak, w dialogach kuchennych, w drobnych obserwacjach, pojawiały się inne nuty: zmęczenie, rozczarowanie, poczucie, że w „nowym świecie” wciąż trzeba sprzątać po mężczyznach – w pracy i w domu. Po 1956 roku te same autorki próbowały przestawić narrację: więcej psychologii, więcej cienia, mniej oficjalnych rytuałów.

Problem polegał na tym, że przyklejona im wczesna etykietka „socrealistek” okazała się trwalsza niż jakiekolwiek późniejsze książki. Gdy po 1989 roku zaczęto gwałtownie odcinać się od wszystkiego, co kojarzyło się z socrealizmem, razem z naprawdę toporną propagandą wyrzucono też w cień cały nurt prozy, która próbowała krytycznie opowiedzieć o dojrzewaniu do rozczarowania systemem – z kobiecej perspektywy.

Kobiety „na drugim planie” oficjalnego życia literackiego

Na zdjęciach z zjazdów Związku Literatów Polskich z lat siedemdziesiątych widać długie stoły, przy nich rzędy garniturów i pojedyncze garsonki. Te garsonki to często autorki, które miały całkiem pokaźny dorobek, tłumaczenia, nagrody resortowe, ale rzadko zdarzało im się przemawiać z trybuny. Funkcjonowały w roli „ozdobnej mniejszości” – obecnej, lecz niewpływowej.

W protokołach tamtych obrad można znaleźć nazwiska, które dziś nie mówią nic nawet osobom zainteresowanym literaturą PRL-u. Współorganizowały plenery, brały udział w delegacjach zagranicznych, figurowały w składach jurorskich konkursów. Pytanie, kto pamiętał ich własne książki, pozostaje otwarte. W wielu wypadkach sława „udzielnej działaczki literackiej” przetrwała dłużej niż znajomość jej prozy.

Po transformacji to właśnie takie biografie były szczególnie kłopotliwe. Ani jednoznacznie opozycyjne, ani jednoznacznie „reżimowe”, uwikłane w codzienną współpracę z instytucjami, a jednocześnie niosące w tekstach sporą dawkę ambiwalencji. Łatwiej było je przemilczeć, niż próbować wprowadzać do nowego, ostrzej spolaryzowanego podziału na „czarne” i „białe” życiorysy.

Znikające serie, niewznawiane debiuty

Późny PRL to także wysyp serii wydawniczych, które dzisiaj istnieją już tylko w katalogach bibliotecznych: cykle debiutów, biblioteki młodych, serie regionalne. Dla wielu autorek były one jedyną szansą na pierwszą książkę. Tomik opowiadań, cienka powieść, czasem dramat – publikowany w nakładzie, który wtedy wydawał się skromny, a dziś byłby dla debiutanta marzeniem.

Po 1989 roku większość tych serii została zawieszona lub zamknięta. Nowi wydawcy nie przejmowali ich archiwów, nie dbali o wznowienia. Debiuty, które mogły rozwinąć się w solidne kariery literackie, pozostały odciętymi początkiem: jedna książka, może druga, potem wieloletnia cisza. W przypadku kobiet tę ciszę często wypełniało życie rodzinne, konieczność przebranżowienia się, walka o utrzymanie.

Na poziomie jednostkowego biogramu wyglądało to tak: nazwisko widnieje w kilku rocznikach „Who is who” czy „Almanachu pisarzy”, po czym znika. Dzieci lub wnuki odkrywają kiedyś na strychu pudło z egzemplarzami autorskimi i kilkoma recenzjami wyciętymi z gazet. Literatura, która miała być przepustką do świata, staje się rodzinną ciekawostką.

Ciche bohaterki drugiego obiegu

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Dlaczego wiele pisarek z okresu PRL zostało zapomnianych?

Wyobraź sobie rodzinne spotkanie, podczas którego babcia z zapałem opowiada o „swojej” pisarce z lat 70., a ty bezradnie szukasz tego nazwiska w internecie i podręcznikach – i nic. Taki rozdźwięk między pamięcią prywatną a oficjalną historią literatury to właśnie efekt systemowego wyciszania autorek.

Na los pisarek PRL-u działały jednocześnie trzy filtry: polityka, płeć i cenzura. Część z nich blokowano wprost (ingerencje cenzury, wstrzymywanie nakładów), inne „zniknęły” w łagodniejszy sposób – bez recenzji, bez dodruków, bez miejsca w antologiach i podręcznikach. Nawet jeśli ich książki były popularne wśród czytelniczek, nie zostały włączone do kanonu i z czasem wypadły z obiegu.

Jak działała cenzura wobec pisarek w PRL?

Autorka przynosi do wydawnictwa maszynopis, redaktor kiwa głową, po czym tekst ląduje na biurku urzędnika z GUKPPiW. To tam zapadała decyzja, czy książka w ogóle ujrzy światło dzienne, a jeśli tak – w jakiej okrojonej wersji.

Cenzorzy wycinali lub blokowali fragmenty dotyczące polityki, Kościoła czy opozycji, ale także te o kobiecej cielesności, gwałcie, aborcji, przemocy domowej czy depresji poporodowej. Szczególnie podejrzane było połączenie: kobieta + polityka + własne pragnienia i lęki. Często wymuszano „budujące” zakończenia, łagodzono krytykę partii czy milicji albo kazano usuwać sceny, które „psuły obraz rodziny socjalistycznej”. Efekt: tekst tracił ostrze, a autorka – wiarygodność swojej opowieści.

Na czym polegało „miękkie wymazywanie” pisarek PRL-u?

Nie zawsze potrzebny był brutalny zakaz. Książka mogła normalnie trafić do księgarni, ale jeśli nikt o niej nie pisał, nie było dodruku, a za kilka lat nie wspomniał o niej żaden podręcznik – praktycznie znikała z mapy literatury.

Mechanizmy były proste: brak recenzji w prasie, odmowa kolejnych wydań mimo dobrego przyjęcia czytelników, pomijanie w antologiach i syntezach historii literatury. Do tego dochodziło etykietowanie jako „literatury kobiecej”, czyli w praktyce mało poważnej i niegodnej głębszej krytyki. W ten sposób książki intensywnie czytane przez jedno pokolenie kobiet nie miały szansy stać się częścią trwałej pamięci zbiorowej.

Czym były trzy obiegi literatury w PRL i jak funkcjonowały w nich pisarki?

Jedna i ta sama autorka mogła w ciągu kilku lat wydać „grzeczną” powieść obyczajową oficjalnie, polityczne eseje w drugim obiegu i wspomnienia na emigracji. Dla biografów to chaos, dla niej – sposób na przetrwanie i zachowanie własnego głosu.

Funkcjonowały trzy główne obiegi:

  • oficjalny – książki zatwierdzane przez cenzurę, wydawane przez państwowe oficyny, obecne w prasie;
  • drugi obieg – wydawnictwa podziemne, szczególnie po 1976 roku, drukowane bez zgody cenzury;
  • emigracyjny – publikacje w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, docierające do kraju w kopiach i przemycanych egzemplarzach.

Po 1989 roku te „hybrydowe” ścieżki często nie pasowały do prostych podziałów na lojalnych i opozycję, więc wiele autorek pomijano, zamiast wnikliwie przyjrzeć się ich skomplikowanym biografiom.

Jak płeć wpływała na ocenę i karierę pisarek w czasach PRL?

Autorka przynosi tekst o strajkach, Kościele czy homoseksualności, a w odpowiedzi słyszy: „pani tak ładnie pisze o uczuciach, po co pani polityka?”. Tego typu „dobre rady” powtarzały się w redakcjach zadziwiająco często.

Kobietom sugerowano, by trzymały się „bezpiecznych” tematów: domowych dramatów, romansów, „kobiecej psychologii”. Partie filozoficzne czy krytykę systemu należało złagodzić albo wyciąć, bo „czytelniczki tego nie chcą”. Nacisk bywał też pośredni – przez mężów, znajomych z partii, środowisko. W efekcie część pisarek autocenzurowała się, by uniknąć kłopotów, a ich potencjalnie przełomowe teksty nigdy nie wyszły z szuflady.

Jak dziś samodzielnie odkrywać zapomniane pisarki PRL-u?

Prosty przykład: ktoś znajduje w domu po babci powieść z lat 70. z obcym dziś nazwiskiem na okładce. Zamiast odłożyć ją z powrotem na półkę, sprawdza, czy ta autorka ma inne książki, czy pojawia się w katalogach bibliotek, czy ktoś napisał o niej choć krótki artykuł.

Najłatwiej zacząć od:

  • przekopywania antykwariatów i bibliotek (szczególnie działów „powieść obyczajowa”, „literatura kobieca”);
  • korzystania z katalogów cyfrowych bibliotek i archiwów, gdzie pojawiają się diarystyka, listy, maszynopisy;
  • szukania prac magisterskich i doktorskich o mniej znanych autorkach – często to jedyne nowsze opracowania;
  • rozmów z osobami z pokolenia rodziców i dziadków o tym, co rzeczywiście czytały w PRL-u.

Każde takie prywatne „odkrycie” podważa oficjalny, mocno przefiltrowany obraz literatury tego okresu.

Dlaczego w kanonie PRL-u dominuje proza męska, mimo że kobiety dużo pisały i były czytane?

Po 1989 roku zaczęto intensywnie przepisywać historię literatury, szukając przede wszystkim męskich twarzy oporu wobec systemu. To oni stali się symbolicznymi bohaterami, a w ich cieniu łatwo było pominąć autorki, które często działały „pomiędzy” – bez ostentacyjnego buntu, ale też bez pełnej lojalności wobec władzy.

Do tego dochodziło dziedzictwo wcześniejszych dekad: krytycy i redaktorzy, najczęściej mężczyźni, traktowali twórczość kobiet jako mniej uniwersalną, „psychologiczną”, skierowaną do wąskiego grona czytelniczek. Gdy przyszło do tworzenia kanonu, sięgano po kilka „bezpiecznych” nazwisk, a resztę autorek przesuwano na margines. Skutek widzimy dziś w podręcznikach: kobiety z PRL-u to kilka powtarzanych nazwisk, podczas gdy reszta istnieje głównie w pamięci rodzinnej i starych katalogach bibliotecznych.

Źródła informacji

  • Cenzura w PRL. Relacje, dokumenty. Instytut Pamięci Narodowej (2015) – Dokumenty i analizy działania GUKPPiW i mechanizmów cenzury
  • Literatura polska 1944–1989. Wydawnictwo Naukowe PWN (1996) – Przegląd literatury PRL, obiegi oficjalny, drugi i emigracyjny
  • Obieg drugi. Niezależny ruch wydawniczy w Polsce 1976–1989. Ośrodek KARTA (2015) – Historia drugiego obiegu, kontekst dla twórczości kobiet
  • Pisarki polskie od średniowiecza do współczesności. Przewodnik. Universitas (2000) – Biogramy i omówienia twórczości polskich pisarek, w tym z PRL
  • Cenzura w PRL. Analiza zjawiska. Wydawnictwo Trio (2004) – Mechanizmy ingerencji cenzury, przykłady z literatury pięknej
  • Literatura polska wobec cenzury po 1945 roku. Instytut Badań Literackich PAN (2011) – Studia o praktykach cenzorskich i ich wpływie na kanon
  • Historia literatury polskiej XX wieku. Wydawnictwo Literackie (2013) – Synteza, rozdziały o literaturze PRL i twórczości kobiet
  • Kobiety i literatura w PRL. Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego (2018) – Badania o pisarstwie kobiet, cenzurze i krytyce literackiej
  • Cenzura a literatura w PRL. Studia i szkice. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego (2012) – Przypadki ingerencji cenzury, w tym wobec autorek i tematów kobiecych

Poprzedni artykułSeriale na podstawie polskich powieści: od Nad Niemnem po współczesne adaptacje kryminalne
Damian Chmielewski
Historyk literatury, badacz polskiego romantyzmu i pozytywizmu. Na BetaLud przygotowuje teksty o epokach, kontekstach historycznych i ideowych, a także o mniej znanych autorach drugiego planu. W pracy korzysta z archiwaliów, wydań krytycznych i najnowszych opracowań, starając się prostym językiem wyjaśniać złożone zjawiska. Dba o rzetelne datowanie, weryfikację cytatów i źródeł. Interesuje go, jak dawne spory literackie odbijają się w dzisiejszych dyskusjach o tożsamości i pamięci zbiorowej.